To ja się pierwszym swoim tu postem dorzucę ku zdrowiu gardeł Waszych. Kilka lat temu, zaczynając poważniejszą przygodę ze sztuką władania mieczem nihonto, ostro zachorowałem na jakiś czas na filmy o samurajach i oczywiście wpadłem na pomysł zrobienia sobie bidonu z bambusa. Materiału było pod dostatkiem, tak się składało, że szwagier miał pod chałupą zagajnik bambusowy, którego ścinać nie lubił, a dla mnie to był raj tameshigiri.

Do rzeczy - narobiłem kubków, butelczyn i innych popłuczyn od cholery, piłem z nich i narozdawałem znajomym. Długo nie trwało, jak zaczęły dochodzić feedbacki, że włókna bambusa odpadają i wbijają się w gardziucho. Potem mi samemu się to zdarzyło - ość przy tym to subtelna pieszczota. Spanikowałem, nigdy do picia z bambusa nie wróciłem. Wiem, że nie wszystkim się tak robiło, pewnie od czegoś to zależało, miejsca cięcia, egzemplarza, whatever. Ale uwaga, ja byłem przerażony, że się w Kevorkiana zabawiłem...

Edyta: literówka