 |
« : 15-09-2007, 11:23:13 » |
|
naprawdę bardzo fajnie opisujesz możesz coś napisać więcej o sposobach przemieszczania się w "zapomnianych przez boga" zakątkach świata ;-) i coś więcej o chorobach które mogą się przytrafić na szlaku (coś jak o tych pchłach ) z góry wielkie dzięki 
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #1 : 15-09-2007, 11:40:10 » |
|
i o spodniach , butach , kapeluszach , plecakach, okularach, zegarkach, paskach do spodni .....
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #2 : 15-09-2007, 11:44:48 » |
|
Po prostu w miarę dokładnie opisz po koleji każdą z wypraw. Do tego fotki itp... Każdy lubi czytać o takich rzeczach.
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #3 : 15-09-2007, 11:57:29 » |
|
i to najlepiej jeszcze dziś
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #4 : 15-09-2007, 12:12:19 » |
|
Szydercy :badass: człowiek w dobrej wierze coś o nożach, a Wy mię tu o skarpetkach. Temat na osobne forum i nie chcę robić OT  Oczywiście, jak chcecie to coś napiszę o reszcie ekwipunku ale nie wiem czy to jest dobre miejsce (biszkopt na Forum jestem) Co do chorób tropikalnych- tu się kończą żarty i byłbym skrajnie nieodpowiedzialny, gdybym na forum internetowym zalecał komukolwiek np. profilaktykę przeciwmalaryczną. Jeśli chodzi o zwierzątka co atakują ludzi w tropikach to może warto zajrzeć do mojego artykułu (tylko dla ludzi o mocnych nerwach) www.termedia.pl/showpdf.php?article_id=6210&filename=Tropikalne%20muszyce.pdf&priority=1Generalnie powiem tak: w Polsce jest drobna tragedia jeśli chodzi o profialktykę przedwyjazdową i diagnostykę/leczenie po powrocie z tropiku (zwłaszacza malarii); są tylko 3 ośrodki specjalistyczne: Poznań (to m.in. ja), Gdynia i Warszawa; ta tragedia jest tylko częściowo winą środowiska medycznego- reszta to polska mentalność i przekonanie o wszechwiedzy podróżników. Przepraszam za gorzkie słowa, ale trudno zgodzić mi się z 10x wyższą śmiertelnością na malarię w kraju należącym do UE w porównaniu np. z Niemcami; zasada podstawowa- 2-3 miesiące przed wyjazdem do tropiku skonsultować się ze specjalistą medycyny tropikalnej lub transportu; zasada nr 2 przez rok po powrocie ze strefy malarycznej przy każdej gorączce nie tylko podejrzewać ale wykluczać malarię; Proszę moderatorów o nieusuwanie tego posta.
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #5 : 15-09-2007, 12:19:01 » |
|
Pisz wszystko, co tylko Ci przychodzi do głowy. Wszyscy chętnie poczytamy, a jak będzie nie o nożach to najwyżej któryś z modów przeniesie we właściwe miejsce.
edyta: Ja chyba jakis dziwny jestem, bo dobrze mi sie ten artykuł czytało :?
|
|
|
|
« Ostatnia zmiana: 15-09-2007, 13:31:44 wysłane przez Farulf »
|
Zapisane
|
FOR PONY !!! Gdy Ci dobrze i życie Cię rozpieszcza, rozglądaj się uważnie, bo z drugiej strony już bierze rozbieg, żeby kopnąć Cię w dupę!
|
|
|
 |
« Odpowiedz #6 : 15-09-2007, 13:29:03 » |
|
No to widze ze mamy juz idealny temat do dzialu survival  Ale kolego nie daj sie prosic z tym opisywaniem sprzetu  Co jest dobre, czego sie nie uzywa i dlaczego, dlaczego plastik a nie skora, dlaczego jedwam a nie poliester bla bla bla wiesz, takie przydatne i ciekawe rzeczy. Fajnie piszesz, bardzo ciekawie sie pisze no i baaaaaaaardzo denerwuje mnie to ze konczy sie twoj post a ja siedze z rozdziawiona geba jak w jakims super serialu kiedy to odcinek konczy sie w najciekawszym momencie...  editka  Uzylem lzejszego slowa 
|
|
|
|
|
Zapisane
|
posurvivaliło Cię Pele ?
Dlatego lubię Tactical ..nie ma pierdolenia
|
|
|
 |
« Odpowiedz #7 : 15-09-2007, 13:46:59 » |
|
No to jesteśmy na miejscu- teraz będę równolegle wrzucał posty na jeden i drugi topic; Co do pozostałego oporządzenia i sprzętu; kluczowe w krajach tropikalnych jest ubranie, materiały, wzór a nawet kolor; zwykle wybieram jasne (pisakowe, pistacjowe) spodnie z kieszenią na udzie, ale niesymetrycznie- nie kojarzy się z wojskiem,a spełnia swoje zadanie. NIGDY nie podróżuję w dzikich zakątkach w kamuflażach (w Polsce i Europie czasem tak, nawet lubię, jaki idę na polowanie z aparatem fotograficznym). Co ja się nachodziłem, żeby kupić spodnie z materiału 100% bawełna ripstop i tylko z jedną kieszenią na udzie, mój Boże. znalazłem wreszcie Wolfskina ale materiał miał dużą domieszkę sztucznego- bardzo szybko sechł, ale bywało gorąco. Jestem zwolennikiem bawełny o gęstym splocie (przez rzadki tną komary); w końcy w rozpaczy kupiłem drugą parę piaskowych spodni proppera, na zmianę, ale było już militarystycznie, więc nosiłem je tylko tam, gdzie nie było ludzi ( o co nie było aż tak trudno); na górę- zawsze wybieram koszulę z długim rękawem (nawet biorę ze dwie białe- zamiast kitla, ale to już specyfika zawodu); rękaw zawsze można podwinąć, a z doświadczeń na Pustyni Zachodniej powiem tylko tyle- błogosławieństwiem jest możliwość opuszczenia rękawa- w T-shircie niemożliwe. kolor- piaskowy, popielaty. raczej nie błękit (odstrasza wprawdzie komary- doświadczenia Legii, ale przyciąga muchę Tse-Tse- doświadczenia pozostałych). Raczej koszula bez pagonów (bardzo częste w stylu "safari"- co oznacza po prostu "podróż" w suahili), bo kojarzą się militarnie, uwierają pod plecakiem, guziki się gubią i potem zostają tylko skrzydełka  Unikam ubierania się w stroje tradycyjne, choć czasami wykorzystuję pewne elementy (zawój na głowę, chustę- ale pamiętajcie kolor i wzór MAJĄ znaczenie); na łepetynkę preferuję kapelusze z możliwością podpięcia ronda; booney hat odpada- wojskowy, a szkoda bo doskonale zrobiony; buty- osobny post oki? przy pierwszej podróży do Tanzanii (na 3 miesiące) nie wziąłem nic ciepłego, poza wełnianym swetrem (taki bennetonek zielony  i bawełnianą kamizelką z mnóstwem kieszonek (zawsze je lubiłem ale raczej model wędkarski niż taktyczny), a i tak we Frankfurcie na lotnisku wzięli mnie na rewizję :kopara: na szczęście niezbyt osobistą  przy mojej posturze, prawie łysej glacy, kierunkowi podróży musiało się to przydarzyć- ot kolejny najemnik pomyśleli; o lekarzu NIKT nie wspomniał  Muszę powiedzieć, że brak kurtki na płaskowyżu w rejonie Wielkiego Rowu naszym latem czyli ich zimą (10-15 stopni zimą) mi nie przeszkadzał, ale zmarzluch powinien brać pod uwagę jakis bardzo cienki polar
|
|
|
|
« Ostatnia zmiana: 16-09-2007, 17:12:21 wysłane przez RNL »
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #8 : 15-09-2007, 16:22:38 » |
|
Te buty to prawdziwa historia- moje marzenie , oryginalne Altamy Desert kosztowały wówczas około 450pln (8 lat temu) :kopara: mogłem zapomnieć. Dodatkowo miały kilka cech, które mnie niepokoiły- rozpoznawalny ślad buta (wojskowy), nie przemawiał do mnie sztuczny materiał na cholewce- pewnie miał być szybkoschnący, ale ja jechałem w sam środek pory suchej, to po co, no i ta cena. Postanowiłem poszukać szewca, który zrobiłby coś takiego na miarę i...znalazłem. Kolega plastyk narysował schemat biorąc za model swoje dżangle (oryginały), wywaliliśmy otwory drenujące i poleciłem szewcowi, żeby 1. przyszwa była ze skóry welurowej 2. cholewka z bawełnianego płótna żaglowego; 3. podeszwa z gumy wulkanizowanej, a nie żadne PCV, miały być całe szyte i z metalowymi kółkami na sznurówki i jasnego koloru. Wkładki- 5mm korka- dlatego są takie "trochę niezgrabne"; Podrapał się biedaczyna po głowie i powiedział, że to będzie kosztowało- buty na obstalunek i materiałów nie ma na miejscu- ile? - no nawet 200pln  po dwóch tygodniach buty były. Skorpiono- pyło- wężo i co tylko odporne; 3 miesiące dzień w dzień w nich chodziłem, w upałach, chłodach :dodge: skąd te w Afryce (?) i dawały radę. Dość, że w następnym roku, na pustyni w Egipcie byłem jedynym człowiekiem o całych butach i nieodparzonych stopach:) oryginalnie były niemal białe- teraz mają swój charakterek. Nadal całkowicie im ufam.  survival w dzikich krajach - sprzęt i nie tylko  survival w dzikich krajach - sprzęt i nie tylko
|
|
|
|
« Ostatnia zmiana: 16-09-2007, 17:13:47 wysłane przez RNL »
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #9 : 15-09-2007, 16:34:16 » |
|
Wtrącę się do wątku mistrza z surwiwalowym sprzetem. Włóczyłem się pieszo po bezdrożach i drożach Palestyny i Izraela (nie autokarem i nie wycieczką zorganizowaną  ), i wiem, że nigdy więcej się nie wybiorę w taki rejon bez: – Pęsety – kolce kaktusów wbijające się w stopy, pośladki, łokcie etc. naprawdę ciężko czasem wyjąć inaczej, – Czegoś na leczenie oparzeń podeszew (oparzeń, nie odparzeń) – na okoliczność spacerów po asfalcie o temperaturze patelni, – Małej, płaskiej miseczki, którą można nabrać wodę i przelać do butelki z dowolnego źródła (choćby kałuży), – Kilkulitrowej lub kulku litrowych butelek na wodę (5 litrów łącznie to absolutne minimum), – Torby pierdół w rodzaju: laleczki, niepsujne słodycze, pocztówki, przywieszki do kluczy z misiami, znaczki, naklejki i wszystko, co można rozdać dzieciakom, które opadają Cię całą chmarą wszędzie, gdzie się pojawisz. Takie „paciorki”. Przyda się też kilka poważniejszych upominków dla dorosłych. – miniwydania Koranu. To oczywiście tylko te nieoczywiste rzeczy.
|
|
|
|
|
Zapisane
|
8,5/21,5
|
|
|
 |
« Odpowiedz #10 : 15-09-2007, 17:26:20 » |
|
Abd- do tego jeszcze nie doszedłem- ale skoro już tu mnie przywiodłeś to powiem tak: jako "lodołamacze" brałem ze sobą papierosy (żołnierze, policja), długopisy (wszyscy), zapalniczki jednorazowe- dla ważniejszych, dla dzieci naklejki; wszystko się przydało, poza papierosami- oddałem je Irlandczykowi na głodzie nikotynowym  Koranu nie biorę, z oczywistych przyczyn- chrześcijanin, ale z doświadczenia powiem- jak ktoś jest wierzący, to spotyka się z szacunkiem raczej niż z pogardą (nie dotyczy różnych skrajnych oszołomów, po żadnej ze stron), ale w niektórych krajach obnoszenie się z symbolami religijnymi może być kłopotliwe, sam przyznasz (taka np. Gwiazda Dawida na szyi w Strefie Gazy...)O wodzie jeszcze będę pisał, bo to jest temat RZEKA, nomen omen, ale Twoje uwagi są jak najbardziej na miejscu; szukran
|
|
|
|
« Ostatnia zmiana: 15-09-2007, 17:28:54 wysłane przez RNL »
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #11 : 15-09-2007, 21:51:46 » |
|
Tu o sprzęcie nie będzie niemal nic, więc można pominąć. Będzie raczej o zachowaniach i umiejętnościach pomagających na co dzień. Racja – żadnych symboli religijnych. Gwiazda Dawida nie pomoże chyba nigdzie, krzyż w krajach mieszanych religijnie może owszem z rzadka pomóc, ale już szybciej albo nie wzbudzi żadnego zainteresowania, albo stworzy dystans między Tobą a rozmówcą. Nie polecam też tatuaży, bo w krajach arabskich przyniosłoby to pogardę miejscowych. Niestety nie oznacza to, że na pytanie „Jakiej jesteś religii” mozna odpowiedzieć „agnostyk”, „ateista” czy „niewierzący”. Są to pojęcia zupełnie obce kulturowo pytającemu, niezrozumiałe i groźne. Już lepiej chyba byłoby powiedzieć „buddysta”.  Na pytanie nalezy odpowiedzieć „chrześcijanin”, nawet jeśli się widuje kościół tylko przy okazjach ślubów. W gruncie rzeczy nie jest to pytanie o przekonania religijne czy praktykowanie pobożności, tylko o tło kulturowo-religijne, z jakiego się wywodzisz. Odpowiedź „chrześcijanin” nie będzie więc kłamstwem nawet w ustach zatwardziałego ateusza. Jeśli się jest Żydem, to oczywiście „Żyd”, i wbrew pozorom nie musi zamykać to od razu wszystkich drzwi. Powstaje dystans, ale też pojawia się zdziwienie – że się odważył, że nie przyszedł zabijać, że wygląda na zupełnie normalnego człowieka bez noża w zębach. Obnoszenie się ze swoim żydostwem może oczywiście wpędzić w bardzo poważne tarapaty – zostałem raz obrzucany kamieniami, bo szedłem z innym „białym”, który bardzo rozsądnie miał na sobie porządne spodnie i białą koszulę (i z daleka przywodził na myśl konserwatywnego Żyda).  Żydowi-Izraelczykowi nie polecałbym samotnego zapuszczania się na terytoria palestyńskie w żadnym razie, ale oni to akurat wiedzą. Co do Koranu przy sobie, to zawsze pomagał, nigdy nie szkodził. Na pytanie „a po co” odpowiada się, że islam jest interesujący i pociągający, że chcesz poznać, zrozumieć. Bardzo się przydaje elementarna wiedza o islamie, a znajomość choćby kilku zwrotów w „czystym” arabskim (proszę, dziękuję, dzień dobry, do widzenia) rozpromienia twarze rozmówców serdecznym uśmiechem i skutkuje wybuchem gejzerów gościnności i nadopiekuńczości. Jest się pokazywanym wszystkim członkom rodziny, sąsiadom, znajomym, szefowi i komu jeszcze można. I na przykład wiezionym na posterunek policji, żeby chłopaki pomogli dostać się tam, dokąd się zdąża. I pomagają. Po pierwszym dniu na Zachodnim Brzegu przestałem się bać zagrożeń ze strony mieszkańców. Drżałem za to zawsze na widok izraelskich żolnierzy, i jak się okazało, słusznie, bo tylko z ich strony spotkałem się z agresją i niebezpieczeństwem. Ale to już niemal offtop. 
|
|
|
|
|
Zapisane
|
8,5/21,5
|
|
|
 |
« Odpowiedz #12 : 15-09-2007, 22:08:21 » |
|
Potwierdzasz to, o czym tylko w zarysie wspominałem  mam zamiar rozwinąć ten temat, niejako jako osobny wątek i myślę, że powinien się spotkać z zainteresowaniem, bo mimo, że mało techniczny, to jednak bardzo pomocny; co do zwrotów po arabsku- sam zapewne wiesz, że arabski i arabski to nie to samo, po pierwsze w różnych krajach, po drugie jest arabski nazwijmy to "koraniczny" i potoczny (niejednokrotnie tak odległy od tego pierwszego jak kaszubski od starocerkiewnosłowiańskiego) zanim wyjechałem do pracy w Egipcie postanowiłem się nauczyć paru zwrotów własnie na zasadzie "proszę, dziękuję, dzień dobry, do widzenia, ile to kosztuje itp" niestety, bardziej skomplikowanych zwrotów, wyuczonych fonetycznie ulica nie rozumiała- potem dowiedziałem się, że 1) to był arabski sudański 2) wersja koraniczno- poetycka (jakoś w podręczniku nikt się nie zająknął. Suahili łatwiejsze znacznie, ale w obu przypadkach nie do końca ujednolicona ortografia komplikuje sprawę (np. ibn, bin i ben- znaczą niemal dokładnie to samo, a dla nas brzmią całkiem odmiennie  a ile podobieństw jest pomiędzy polskim i nepalskim- można się uśmiać- w końcu oba indoeuropejskie
|
|
|
|
« Ostatnia zmiana: 15-09-2007, 22:20:00 wysłane przez RNL »
|
Zapisane
|
|
|
|
 |
« Odpowiedz #13 : 15-09-2007, 22:17:47 » |
|
Tak, masz rację, dialekty różnią się od siebie tak znacznie, że są już uznawane za odrębne języki. Pisałem o „czystym” arabskim (fuscha), czyli tym „koranicznym”, „oficjalnym”. Zrozumie go absolutnie każdy w każdym kraju arabskim, nawet jeśli nie umie nim mówić (bo słyszy go np. w radio albo telewizji, pamięta ze szkoły).
|
|
|
|
|
Zapisane
|
8,5/21,5
|
|
|
 |
« Odpowiedz #14 : 16-09-2007, 13:54:09 » |
|
Aby tak pięknie rozpoczęty temat nie umarł, parę słów o tym, co wypełniało kieszenie kamizelki, za każdym razem, kiedy szwendałem się po afrykańskich bezdrożach; Pokutuje przekonanie, że jak jest gorąco, to trzeba z siebie zdjąć możliwie dużo ubrań. Zgadzam się z tym do temperatury +28 stopni C; później trzeba się zastanowić, czy aby nie lepiej odizolować się od niekorzystnych warunków i mieć przy ciele 36,6 gdy na zewnątrz jest 50stC (kazdy kto w młodości widział bezpośrednią transmisję z wytopu surówki w Hucie Katowice, zauważył pewnie, że hutnicy nie latali w slipach); Zgodnie z tą zasadą ubierałem na koszulę kamizelkę z bawełny- na początku jest trochę gorąco, ale już po chwili koszula jest wilgotna i ocieniona- więc słabiej schnie (przez co wolniej się odwadniam i nie potrzebuję targać aż tyle wody ze sobą- woda pitna to zawsze jest problem, jeszcze do tego wrócę); żeby nie marnować miejsca w kamizelce nosiłem: komaps, 2 opatrunki osobiste, płyn odstraszający owady (mała zielona buteleczka USArmy), zapasowe okulary p/słoneczne, nóż, 2 zapalniczki, latarkę Philips krypton (ale mnie wszyscy wyśmieją) na 2 paluszki, tabletki p/malaryczne (część, reszta w bagażu), kilka saszetek soli, kilka saszetek cukru, 3 kostki bulionowe, pakowane próżniowo, KMnO4 w buteleczce, 6 metrów juzinga, kawałek miedzianego drutu, bez izolacji, przybornik do szycia (z tym malutkim Wengerem w środku), lupę; czasem powiększałem zestaw o mały hamak z siatki, a jak przewidywałem nockę w buszu to moskitiera do dużej kieszeni na plecy, ale wyglądało to komicznie
|
|
|
|
|
Zapisane
|
|
|
|
|